Skuszone modą na makijaż mineralny, postanowiłyśmy się przekonać, czy podkłady oferowane przez Annabelle Minerals rzeczywiście są tak dobre, jak mówią opinie w internecie. Wszystkie trzy mamy odmienne typy cery, więc łatwo było nam zaobserwować działanie poszczególnych wariantów podkładu: rozświetlającego, matującego i kryjącego. Czy produkty Annabelle Minerals sprostały naszym oczekiwaniom? Oto nasze recenzje.

Anna Tobiasz – podkład rozświetlający w odcieniu Golden Fair

Chociaż z przejęciem śledzę najnowsze trendy – czy to w modzie, czy w makijażu – sama niechętnie wprowadzam choćby drobne zmiany do swoich codziennych nawyków. Do pomysłu testowania sypkich podkładów mineralnych podeszłam więc z dużą rezerwą.  Do tej pory sięgałam raczej po fluidy z wyższej półki – koniecznie o kremowej konsystencji. Rozświetlający produkt polskiej marki Annabelle Minerals (który na pierwszy rzut oka wygląda jak klasyczny puder!) pozytywnie zaskoczył mnie już po kilku dniach stosowania. Dlaczego? Przekonały mnie 3 czynniki.

Na stronie producenta czytamy, że choć w ofercie wybierać możemy spośród aż 22 różnych odcieni podkładów, linia Golden idealnie komponuje się z cerą większości Polek. Zaryzykowałam i (po nałożeniu odrobiny produktu na linię żuchwy) zadecydowałam się wypróbować kolor Golden Fair. Już po pierwszym użyciu okazało się, że podkład doskonale do mnie pasuje. Twarz zachowała swój naturalny odcień, a zamiast obciążającego efektu maski, cieszyłam się promienną, delikatnie rozświetloną cerą aż do późnego wieczora. Dzięki temu podkładowi uwierzyłam, żemodny „efekt glow”może sprawdzić się też u mnie. 

Drugi czynnik, który sprawił, że oficjalnie dołączyłam do grona fanek rozświetlających podkładów mineralnych od Annabelle Minerals, to ich skład. Już dawno zrezygnowałam z nakładania na twarz całej tablicy Mendelejewa, a w przypadku testowanego kosmetyku mamy do czynienia jedynie z 4 naturalnymi składnikami: połyskującą miką, matującym tlenkiem cynku, kryjącym dwutlenkiem tytanu oraz tlenkiem żelaza, który odpowiada za kolor. Dzięki tak prostej kombinacji minerałów, makijaż uzyskany za pomocą kilku warstw podkładu nie zatyka porów i pozwala skórze oddychać. Na początku bardzo obawiałam się, że sypka formuła spowoduje nadmierne wysuszenie mojej dość delikatnej, skłonnej do występowania zaczerwienień cery. Ku niekrytemu zaskoczeniu okazało się jednak, że w połączeniu z kompleksową pielęgnacją, rozświetlający podkład od Annaballe Minerals zapewnił efekt zdrowej, gładkiej cery,  jakiego nie udało mi się dotąd uzyskać za pomocą żadnego fluidu w płynie.

Po kilku tygodniach stosowaniach zauważyłam też, że zawartość sypkiego podkładu w niewielkim słoiczku praktycznie się nie zmienia! Sypka formuła okazała się nie tylko zaskakująco trwała, ale także niesamowicie wydajna. Mimo, że początkowo nakładanie podkładu pędzlem (zdecydowałam się na model Flat Top pochodzący z oferty marki AM) było dla mnie raczej mało intuicyjne, szybko przyzwyczaiłam się do nowego sposobu, a z czasem nawet go polubiłam. W końcu to jedna z najkorzystniejszych dla naszej cery form aplikacji podkładu. Czy było warto zmieniać długoletnie nawyki i przyzwyczajenia?  Odpowiedź może być tylko jedna – TAK!

P.S. Koniecznie wypróbujcie też jeden z kilku odcieniróżu mineralnego – ja bez swojego (klasyczny kolor Rose) nie ruszam się już z domu.  

Ola Urbaniak – podkład matujący w odcieniu Golden Fairest

Wybrałam podkład matujący od Annabelle Minerals, ponieważ mam problem z przetłuszczającą się strefą T i niedoskonałościami. Przed pierwszą aplikacją trochę się martwiłam, że kosmetyk nie będzie tak dobrze trzymał się skóry jak płynne podkłady, których dotychczas używałam. Wydawało mi się, że skoro wygląda jak zwykły puder, musi mieć gorsze krycie i szybko znika z twarzy. Miałam też wątpliwości co do aplikacji – czy nie użyję za dużo produktu i czy w związku z tym nie pojawi się efekt „ciasteczka”?

Kiedy już nabrałam nieco podkładu na pędzel i okrężnymi ruchami zaaplikowałam na twarz, zdziwiło mnie jak dobrze minerały trzymają się skóry. Mogłam dowolnie stopniować krycie dodając według upodobań kolejne warstwy (i te nałożone wcześniej pozostawały nienaruszone). Ostatecznie zostałam przy dwóch cienkich warstewkach, które optymalnie zakamuflowały wszelkie zaczerwienienia i drobne ślady po trądziku. Na początku podkład wyglądał nieco pudrowo, ale po ok. 15 minutach gdy skóra już sama nieco się nawilżyła, idealnie wtopił się w skórę i stał się właściwie niewidoczny. Ten efekt można przyspieszyć spryskując twarz zaraz po aplikacji wodą termalną lub nawilżającą mgiełką. Cera pozostawała matowa przez ok. 6 godzin co jest chyba najlepszym wynikiem porównując z podkładami w płynie, których używałam wcześniej. 

Po kilku tygodniach codziennego stosowania zauważyłam, że podkład matujący lekko podsusza niedoskonałości i wieczorem po zmyciu makijażu krostki są mniej zaognione. Nie zauważyłam dużej różnicy w ilości wydzielanego sebum, ale nie przeszkadza mi to dopóki podkład spełnia swoje zadanie, czyli długotrwale matuje. Nosząc go miałam poczucie, że cera oddycha i nie dusi się od nadmiaru sztucznych substancji, a jednocześnie krył tak samo dobrze jak zwykłe podkłady w płynie. Dla podkreślenia policzków aplikowałam brzoskwiniowy róż od Annabelle Minerals, który opalizując rozświetlał twarz i dodawał cerze kolorytu. Podobnie jak podkład nie wyrządził żadnej krzywdy skórze i nie zapchał porów. 

Test wyszedł na tyle dobrze, że na co dzień zostanę przy podkładzie Annabelle Minerals, a te drogeryjne zostawię tylko na szczególne okazje. Nie chcę codziennie męczyć skóry sztucznymi formułami – czuję, że podkład mineralny daje jej wytchnienie od ciężkich kosmetyków i pomaga w gojeniu się stanów zapalnych.

Ula Wilczkowska – podkład kryjący w odcieniu Golden Fairest

Moja skóra jest bardzo kapryśna i często nie lubi nowości, dlatego dobór podkładu zwykle stanowi dla mnie duży problem. Dzięki pomocy makijażystki w salonie Annabelle Minerals udało mi się wybrać podkład kryjący, który ma maskować niedoskonałości i tworzyć efekt nieskazitelnej skóry – czyli zdecydowanie coś dla mojej cery ze skłonnościami do rumienia i małych niedoskonałości.

Używanie podkładu Annabelle Minerals było moim pierwszym doświadczeniem z podkładem mineralnym, dlatego pierwsza aplikacja nieco mnie przerażała – z tego powodu wygospodarowałam dodatkowe pół godziny w porannym makijażu. Jak się okazało, zupełnie niepotrzebnie – aplikacja podkładu mineralnego wcale nie jest taka straszna, jak mi się wydawało. Podkład rozprowadza się bardzo łatwo, a do pożądanego przeze mnie krycia wystarczyła już jedna warstwa. Bardzo obawiałam się plam i nierównomiernego nałożenia, ale wystarczyło jedynie kilka okrężnych ruchów pędzla, aby te myśli odeszły w niepamięć. Aby dodać twarzy nieco głębi i koloru, używam mineralnego różu Romantic w uroczym chłodnym odcieniu. Jego aplikacja również jest banalnie prosta, do idealnego efektu delikatnego dziewczęcego rumieńca wystarczy zaś zaledwie odrobina kosmetyku,

To, co zaskoczyło mnie wyjątkowo pozytywnie, to fakt, że podkład zupełnie nie wysuszył mojej cery – to dla mnie bardzo ważne, bo chociaż w strefie T moja skóra ma skłonności do nadprodukcji sebum, na policzkach bywa bardzo sucha. Dodatkowo jest niezwykle trwały – w ciągu dnia nie zważył się i nie zrolował w drobnych zmarszczkach mimicznych – a do tego, co najważniejsze, zupełnie nie czułam, że mam go na skórze. Nie tworzy na skórze efektu maski ani filmu, z czym często się spotykałam przy używaniu płynnych podkładów o tak silnym kryciu.

Podkład kryjący od Annabelle Minerals to świetny wybór dla tych, którzy na co dzień potrzebują dosyć mocnego krycia, a nie chcą nadmiernie przesuszać skóry ani obciążać jej zbędnymi chemikaliami. W mojej kosmetyczce zagościł na dobre i z pewnością zostanie w niej na długo.